niedziela, 14 września 2008

Home, sweet home

Wróciłam w jednym kawałku już w środę, ale jakoś nie mogłam się zebrać do naskrobania kilku słów.   Najpierw nie było kiedy (musiałam przeczytać zaległe blogi, poszpiegować na Ravelry, sprawdzić jakie nowości gazetkowe, poszukać ciekawych włóczek, pomodlić się nad drogimi ciekawymi włóczkami, niemóc się zdecydować na żadną, pozostać z tego powodu nieszczęśliwą), później wpadłam w stan depresyjno-pourlopowy (zimno, w okolicy żadnego szwedzkiego stołu ze śniadaniem/kolacją, dziecko przestawione na dziadkowy rozkład dnia - czyli wstaje razem ze skowronkami i drzemie w dziwnych porach).

O wakacjach postaram się w telegraficznym skrócie:

Środa - dopakowanie luzów w walizce (! mielismy jedną!), krokodyle łzy na pożegnanie z dziewczynami (dziewczyny = Majka i psiury), dojazd do lotniska w Pyrzowicach, ściskanie kciuków przy starcie, Pratchet w trakcie lotu, ściskanie kciuków przy lądowaniu, w okolicach 22-giej w hotelu (wygląda lepiej niż na zdjęciach!) kolacja, Cuba Libre, spać.

Czwartek (ma przybyć rezydentka, w założeniach lenistwo przybasenowe). Śniadanie (mmmrau pod nosek), mały rekonesans w terenie, leżakowanie przybasenowe (okazuje się, ze już nie trawię skwarzenia się na słońcu), wysłuchanie rezydentki, zaklepanie samochodu na dwa kolejne dni, leżakowanie + pływanie (w wodzie poczułam się dopiero jak na wakacjach), wypad do pobliskiej Chanii lokalnymi środkami komunikacji (klimatyzowane, jakich u nas na codzień nie uświadczysz). Szukanie zabytków ukrytych pod grubą warstwą straganów (z tym, co wszędzie), wywijanie się naganiaczom (tawerny, kawiarnie, rysownicy karykatur, zdjęcia z pytonem, przejażdzki statkiem ze szklanym dnem, romantyczne przejażdzki o zachodzie słońca), znalezienie wyludnionej knajpki na uboczu, frappe, szczęście, błogość. W drodze powrotnej obfotografowanie każdego napotkanego psa. Kolacja, tenis stołowy, basen, Cuba Libre, spać.

Piątek - samochodem w bezdroża zachodniej Krety. Trasą przez górskie wioski (po drodze zwiedziliśmy nie ten kościoł co trzeba) gdzie rosną kasztany, aż do Elafonisi, gdzie woda ma bajeczny kolor, a brodząć po pas można dotrzeć do pobliskiej wyspy. Plażowanie (niestety zbyt krótkie bo w planie mamy jeszcze jedną obiecującą plażę). Dalej trasą przez kolejne górskie wioski (takie po 3 domy tuż przy drodze, wciśnięte w zbocze wzgórza), po drodze mijamy stada kóz okupujące każdy wyłom w skale (nie mamy pojęcia po co one tam włażą zamiast spokojnie wyłożyć się niżej) na kompletnym odludziu. Dojeżdzamy do Falasarny, niestety temperatura jest nieznośna, żar leje się z nieba, nie ma szans na plażowanie (sprawdzamy jedynie informację z przewodnika - rzeczywiście można tam zebrać przepiękne muszle - ta którą znaleźliśmy miała jednak mieszkańca, nie miałam serca go wypraszać :)) Powrót, scenariusz wieczorny z przechadzką po promenadzie nadmorskiej.

Sobota - samochodem do Knossos, pałacu króla Minosa (żar leje się z nieba, dzieci zwisają z wózków, jedyni rozsądni - psy śpią w cieniu). W drodze powrotnej Rethymon - w poszukiwaniu zabytków pod _grubą_ warstwą infrastruktury turystycznej. Na początek szukamy portu - Marcin wiedzie nas "za tłumem turystów" - w efekcie lądujemy w wyludnionej okolicy miasta, w pobliżu komendy policji. Podążamy linią brzegową w stronę centrum (w pełnym słońcu) podług trasy(to te strzałki dookoła twierdzy, pojedyńcza strzałka po prawej to port):

rethymon_1

Nie mam siły na nic, mam w nosie zabytki, wypijam frappe, idziemy do muzeum archeologicznego. Jestem wykończona (chwilowo nie utożsaniam się z Marcinem), wstępujemy na obiad do knajpki rekomendowanej przez przewodnik - godzinka w cieniu drzewka pomarańczowego, w urokliwym ogrodzie przy doskonałym daniu regeneruje siły - uderzamy ponownie na uliczki Rethymnonu.

Co mnie uderza - pomieszczenia mieszkalne znajdują się tuż za drzwiami drzwi przylegających do wąskich uliczek. Żadnych korytarzy, przedpokoi. Mieszkańcy siedzą przy otwartych drzwiach, przechodząc widzisz chorego, leżącego w łożku, kobiety siedzące w kuchni, fotografie rodzinne na ścianach. Głupio zaglądać, ale trudno się powstrzymać.

Droga powrotna mija szybko, oszczędzę Wam wieczornego scenariusza :)

Niedziela - dzień lenistwa, cały dzień leżakowania, pływania, Pratcheta i kolorowych pisemek (w domu nigdy nie czytam, nieodmiennie targam je na wczasy), pod koniec dnia mam już serdecznie dosyć - nigdy więcej :)

Poniedziałek - mieliśmy się wybrać do wąwozu Samaria - kilkanaście kilometrów wędrówki, bardzo ciekawą trasą, jednakże w pełnym skwarze - obiecuję zajrzeć tam o innej porze roku. Leżakujemy więc odrobinę, po czym wybieramy się pozwiedzać turecką część Chanii. Dalej, jak zwykle :)

Wtorek - wycieczka statkiem w stronę Gramvousa, wspinamy się na szczyt twierdzy(rozsądni pozostają na plaży), oblatujemy ruinę twierdzy prześladowani przez grupę roznegliżowanych Włochów, znajdujemy na miejscu zająca, wracamy na dół, statek transportuje nas na lagunę Balos - plażujemy, rozkoszujemy się ciepłem i kolorytem wody przez 3 godziny. Statkiem do Kissamos, autokarem do Maleme (tutaj znajduje się nasz hotel Bella Pais), scenariusz wieczorny.

Środa - dzień powrotu - grupa Katowicka na najsensowniejsze godziny transferu - wyjeżdżamy o 11-tek. Śniadanie o 8-mej, żeby zakosztować jeszcze słońca i kąpieli. Później ostatnie przeszukanie szafek i szaf, i zbyt wczesne przybycie na miejsce zbiórki. Szczęśliwie zresztą, bo kierowca przybył o 10 minut za wcześnie. Kierowca jest Grekiem, więc niekoniecznie orientuje się ile osób ma zabrać. My - 4 dziewczyny, które wsiadły z nami do autokaru pocieszamy się, że jedziemy chociaż we właciwym kierunku. W kolejnych hotelach pustki - kierowca musi interweniować w recepcjach :) W 10 minut za wcześnie lądujemy w kolejnym hotelu - po zebraniu turystów ruszamy dalej, życzliwe starsze państwo robi raban, że brakuje 4 dziewczyn. Kierowca drapie się po głowie, zwraca (na Krecie to trudne), dziewczyny są, ale jest też drugi autokar, który chce je zabrać, długie dyskusje, w końcu dziewczyny wsiadają do drugiego. Straciliśmy kłopotliwe 10 minut dzięki czemu w kolejnych hotelach nie ma już kłopotów :) W samolocie boję się bardziej niż w tamtą stronę bo przypomniał mi się reportaż o tym, jak wyciągnęło kiedyś pilota przez rozbite okienko i musiał lądować steward. Siedzę przy wyjściu awaryjnym, więc odpada strach, że mnie uciekające towarzystwo stratuje, mimo wszystko opcja ta działa tylko naziemnie/nawodnie.

Szczęśliwie lądujemy, docieramy do domu, dziecko szczególnie nie cieszy się na nasz widom) chyba nie zauważyło, że nas nie ma, psy przeciwnie, transportujemy kilogramy gratów Pszczółki między domami i wszystko powoli wraca do normy (z naciskiem na słowo _powoli_).

Pisałam, że postaram się w telegraficznym skrócie, nie obiecywałam, że się uda - relacja fotograficzna dla wytrwałych znajduje się na Picassie tutaj.

Ponieważ rozgadałam się niemożliwie, o robótkach napiszę jutro, kiedy w domu zapanuje już względny spokój (tj w porze, kiedy Marcin w pracy, dziecko w łóżku, psy na legowisku).

Powiem tylko tyle - powroty do domu, kiedy się wie, że czekają dziewczyny, bambusowe 7-mki i próbka Eliana Klasik od Laury są baaardzo bardzo pozytywne :)

6 komentarzy:

Brahdelt pisze...

Przejrzałam wszystkie zdjęcia i strasznie Ci zazdroszczę! Co mnie podkusiło, żeby się wlec do tej głupiej Bułgarii?!... Trzeba było kupić tygodniową wycieczkę do Grecji albo Turcji, objazdową, żeby nie było czasu na nudy na plaży.
Pamiętam, jak byłam pierwszy raz w Grecji, też mnie zadziwił fikus benjamina rosnący na ulicy w formie wielkiego drzewa! *^v^*

Fiubzdziu pisze...

na początek: co to za zwyczaje meldować się tak późno? Brahdelt, grzecznie, od razu po powrocie napisała słówko, a Ty? Wstydz się!

Ale fajnie musiało być :) Cieszę się, że wyjazd się udał.

agawnuk pisze...

Ale niespodzianka. Czekałam z niecierpliwością na Twój powakacyjny wpis ale nie spodziewałam się tego…W środę też wybieram się na Kretę więc czytam ze szczególną uwagą; Chani, to rejon gdzie i ja jadę; Malme – to ta miejscowość; by wreszcie przeczytać, że byłaś w hotelu Bell Pais, tak się składa, że i ja wykupiłam pobyt w tym hotelu. Miła niespodzianka na parę dni przed wyjazdem. Martwi mnie tylko opisywany przez Ciebie skwar, bo ja się napaliłam na wyprawę w wąwóz Samaria

edi-bk pisze...

Piękne zdjęcia. Cieszę się że wakacje Ci się udały ale bardziej z Twojego powrotu. Pozdrawiam cieplutko.

Kath pisze...

Agnieszko - niesamowity zbieg okoliczności :) Gdybyś potrzebowała jakichś konkretnych informacji pisz na kyrelee@gmail.com:) Hotel bardzo fajny, możesz się o to nie martwić:)

persjanka pisze...

swietne sprawozdanie z wakacji..az szkoda ,ze sie tam nie bylo..wazne ,ze odpoczelas ..pozdrawiam ania