poniedziałek, 23 marca 2009

Tak mnie trochę zniosło

Tak, to prawda – nadal akcja “sprzątanie”. Nie przez cały tydzień równie intensywnie, ale po kilku dniach spokoju chęci znowu wróciły. Żeby było śmieszniej poddasze-pralnia nadal nie została uprzątnięcia całkowicie ale tak to jest jak się sprzata na raty. Pierwsza akcja obejmowała to co widoczne na wejściu, druga szafki, trzecia – to co we wnęce (spooorej) za szafą. Za kazdym razem wygarniecie nowej partii rzeczy powodowało powrót do stanu wejściowego w części “na pierwszy rzut oka”. Dzisiaj wyniesiemy grupę “mama chce przygarnąć ale odwleka moment przygarnięcia” i w końcu temat zostanie zakończony.

Po drodze rozprawiłam się definitywnie z tematem “generalne porządki w kuchni”. Przyzwyczajenie się do kilku zmian w lokalizacji przedmiotów nie trwało długo. Znacznie trudniej przyzwyczaić się do blokad antypszczelich, które zamontowaliśmy we wszystkich dolnych szafkach i szufladach. Pszczoła nie rezygnuje i sprawdza każdą szafkę codziennie :)

Poza tym znosi mnie ostatnio trochę z tematów druciarskich w inne strony. Sporo czasu wędrowałam po blogach – wędrówki końca nie miały ledwo zobaczy się jeden, z niego mnóstwo odnośników do kolejnych miejsc.

Zaczęło się od Oli Smith i jej cudowności filcowo-magnesowo-stempelkowych. Są to takie obszary rękodzielnictwa, do których z jednej strony mnie ciągnie, z drugiej zaś waham się, bo trudno mi przyporządkować do nich odpowiednio praktyczne zastosowanie. Nie przeszkodziło mi to w wyprodukowaniu kilku stempelków z użyciem radełka do skórek i gumek do ołówków. Zdjęcia będą jak tylko marzec przestanie sobie z nami pogrywać (nie wiem jak u Was ale my tu od rana znowu mamy zmierzch).

Na razie testuję stempelki za pomocą mazaków ale dziś mają zostać wysłane do mnie te dwa cudne tusze (podobały mi się prawie wszystkie zestawy ale wydałabym majątek:()

Mam też  zachomikowane szkiełka w celu wyprodukowania magnesów chociaż odrobinę zbliżonych do tych cudeniek, które stworzyła Ola.

Śladem stempelków, w właściwie bardziej po sznurku, który wystawiła Ola Smith zawędrowałam na bloga Geninne. Tam już całkiem zachorowałam na stempelki a do tego wsiąkłam na dobre w całego bloga chłonąc zdjęcia pięknych akwareli, architektury i wnętrz. Nie tylko zresztą tego. Zatęskniłam za stylem życia, optymizmem i pogodą ducha jaka bije z tego bloga.  Podobnie było zresztą z tym blogiem, który wczoraj przewertowałam od deski do deski . W większości oglądałam tylko zdjęcia, czasem liznęłam nieco tekstu ale powiem jedno – zazdroszczę i też tak chcę. Może za wcześnie, może należy jeszcze się wczytać nim się człowiek zdecyduje. Ale to co widzę wygląda mi na życie w zgodzie z sobą, aktywne, pełne i szczęśliwe. Nieczęsto widuję takie blogi a chyba zacznę częściej takie czytać bo może będzie z nimi tak jak z Perfekcyjną? Może mnie na dłużej zainspirują? Oderwą od kanapy i telewizora ?

Nie skończyłam jeszcze generalnych porządków a już mi się zachciało malowania. To zapewne na fali remontu Brahdelt. Weszliśmy co prawda w tryb oszczędzania, ale Marcin po tygodniu moich wzdychań (nie wzdychałam do niego, w ogóle, tak tylko w eter wzdychałam) w końcu zrozumiał, że ta chwila nadeszła i nie ma sensu jej odwlekać. Malowanie będzie trwało dosyć długo (najwięcej damy radę zrobić w weekendy jeśli Pszczołę oddamy na przechowanie), będziemy musieli robić je etapami (na koniec zostawiamy salon i klatkę schodową – największe zmory do malowania). Tym razem wracam do bieli i jej pochodnych. Zakupiliśmy na początek “świeże ecru” i “kość słoniową”, która wygląda identycznie jak “pastelowa orchidea” (wszystkie Duluxu).

Co jeszcze… sami widzicie, że chaos mam w głowie i chaos wprowadzam do domu ;) Wyjęłam w końcu swoją maszynę do szycia i uszyłam pierwsze dwa woreczki na zabawki dla Pszczoły! Za nic ich nie pokażę :) Nauczyłam się wiele – przede wszystkim tego, że nic nie umiem i potrzeba mi łopatologicznych wskazówek w jakiej kolejności co robić, a do tego gdzie chować te miliony nitek :) Pszczole i Marcinowi woreczki się podobają i dobrze, bo w  najbliższym czasie tylko oni będą moją radosną twórczość oglądać ;) Zamówiłam dzisiaj fachową literaturę, żeby chociaż zacząć slangiem odpowiednim gadać.  Na razie na nic poważnego nie będę się porywać – trenuję na ciucholandowych prześcieradłach kupowanych na obrazy :) Minus kupna maszyny jest taki, że teraz rozczulam się nad każdą szmatką, którą normalnie bym wyrzuciła, bo przecież to może być materiał do trenowania ;)

Na koniec (wreszcie) robótkowo :) Kto patrzy na suwaczki (a wiem że są tacy) widzi, że Joya dłubię. Zatrzymałam się wczoraj na pachach więc większość gotowa. Nie wiem czy będę poprawiać rękawy żeby wzory się zgadzały. Na początku bardzo nie to raziło, teraz chyba wolę mieć je dłuższe, niż kuse ale zgodne wzorami. Joy robiony drugi raz prutego Australa nie wygląda najlepiej – z pofalowanej włóczki wzór wychodzi dosyć nierówno. Mam nadzieję, że długa kąpiel mu pomoże.

I najświeższa wieść – próbki :) Kocurkowi udało się zmusić moją lokalną pocztę do dostarczenia przesyłki w moje osobiste łapy :) Zatem nie musiałam czekać aż mama sobie przypomni, że coś tam dla mnie u niej leży i mam, cieszę się i nawet zdążyłam zrobić próbki z Cashcottonu (z którego Joasia robi sobie Rose), z Cashsoftu (z którego zaleca się robić Rose) i Kidsilka z którego Joasia będzie sobie robić do Rose falbanki.

Od wyjęcia próbek z koperty od razu wpadł mi w oko Cashcotton (chociaż mimo opinii Joasi trzymałam się tego,żeby kupićdo Rose Cashsofta). Po prostu wygląda szlachetniej. Nie traktujcie tego zbyt dosłownie ale Cashsoft trochę mi przypomina z wyglądu naszą Florę/Florię. Oczywiście to porównanie na wyrost, bo Flora to przecież czysty akryl, ale taka myśl przyszła mi do głowy. Ma lekki połysk, za to Cashcotton jest matowy, ale ma więcej puchatości – włoski angory wyglądają na nim fantastycznie. Kolor Cashcottonu jest cudowny – taki róż, który uwielbiam( obie też widzimy w nim nutkę wrzosu). Miziam się nim po szyi i nie czuję, żeby coś mnie gryzło. Cashsoft zaskoczył mnie odcieniem – myślałam że to będzie baardzo blady i mdły fiolet, a w rzeczywistości jest mocniejszy – chociaż nada mnie nie porywa. Kolor Kidsilka Joasia dobrała perfekcyjnie – zestawienie ogromnie mi się podoba. Zdjęć też nie robiłam bo kolory absolutnie przy tej aurze nie wyjdą. Podsumowując – w tej chwili odrzucam Cashsofta na rzecz Cashcottona (kiedy robiłam próbki zastanawiałam się czy nie Rose nie wyszłaby z Australa ;))

Zapewne zapomniałam o kilku sprawach, o których chciałam napisać – ale jak widać za dużo na raz bym chciała, a z tego zawsze chaos wynika. Muszę się jakoś zdyscyplinować ale to może od jutra ;) Dzisiaj jeszcze poszperam i się poinspiruję :)

12 komentarzy:

Brahdelt pisze...

Brawo za decyzję co do malowania! Ja jeszcze zamierzam robić "murale" na ścianach z szablonów własnej roboty, dołączycie się? ^^
No ładnie, teraz ja wsiąkam w ten sklep z tuszem, i chyba wydam w nim majątek. ^^ Dziękuję za link, bo nie znałam!
Ja też po przeczytaniu takich blogów zazdroszczę i też tak chcę, ale tak jest też kiedy czytam rodzime blogi, na przykład Twój (to nie jest lizusostwo! ^^), albo Herbatki, albo wiele innych, których tu nie wymienię z braku miejsca. Tak często bywa, że nam się podoba styl życia innych, a nasz - komuś innemu, my nie potrafimy dostrzec u nas czegoś, co widzą inni, a z kolei oni widzą tylko te pozytywne sprawy, bo przecież nie o wszystkim piszemy, nie całe życie chcemy wywlekać na wierzch. (Ale się filozoficznie zrobiło... ^^) W każdym razie jak znajdziejsz jakieś inspirujące blogi, to koniecznie podawaj linki! *^v^*

sprezyna pisze...

Całkowicie zgadzam sie z Asią!!!! Zycie innych ludzi zawsze wydaje sie byc bardziej interesujące od naszego a prawda jest taka, że każda(y) z nas ma swój niepowtarzalny styl tylko tego nie dostrzega - na szczęscie inni to widzą lepiej od nas :)))))

Bardzo mi sie podoba że poszerzasz horyzonty :))))) ale wrócisz kiedyś do drutów....??????????

Laura pisze...

Joasia tak mądrze napisała,że mnie zatchnęło. Ma rację stuprocentową. Ja niestety całe życie liczę się z gustami innych i czuję ogromny niedosyt własnej osobowości w moim otoczeniu. Ponieważ jak Ty Kasiu jestem na etapie poszukiwań alternatywy do robótek,trochę się z tych ograniczeń aranżacyjnych cieszę. Na dzień dzisiejszy,gdyby mi tylko pozwolono obtrzaskałabym wszystko w decupage i hafty. A ponieważ ciągle nie bardzo wiem co najbardziej mi się podoba,to pewnie miałabym pomieszanie angielskich róż,pojedynczych gałązek,aniołków (tych tłuściutkich) po czaszki,pioruny i takie tam. A do tego haftowane makatki i dywaniki jak u Gackowej. Taki jakiś niedosyt artyzmu czuję ostatnio :)))
A sprzątanie mi utknęło. Jedyne tłumaczenie to takie,że ciekawie się nie czuję. Ale obiecuję poprawę i do końca marca zdążę.
I już nie milcz tak długo,proszę

Kath pisze...

Kochane - ja nie rzuciłam drutów, przecież cały czas drutuję :) I nawet wyjątkowo wiem co będzie następne i jeszcze następne i jeszcze następne :) A co do zazdrości - chodzi mi nie tylkoo styl zycia, który chłonęłam z tego blogu (że my nieruchawi, że z dzieckiem mało gdzie się ruszamy) ale właśnie o to, że zdaje się człowiekowi, że Ci ludzie żyją tak, bo tak chcą, że nie ograniczają się zdaniem innych, rodziny, znajomych, że podoba im się złota ściana to ją malują i nie odchorowują tego później tygodniami. I nie chcę się pocieszać tym, że nie piszą o tym co u nich nie tak - raczej wolałabym zaczerpnąć z tej pozytywnej części ich życia i sprawić, że sama będę jaśniej patrzeć na świat (i przede wszystkim robić to co czuję, wyłączyć wewnętrznego cenzora). Czy to takie polskie, że najczęściej widzimy to co złe?
Lauro - mnie się tyle stylów podoba, że mam w domu miszmasz, raz bym chciała różowości, raz rustykalnie, raz ciepło a raz nowocześnie. Podobno da się pogodzić, ale ja jeszcze nie osiągnęłam etapu, który by mnie chociaż trochę zadowolił:)
W pralni zostało mi już tylko wyszorowanie podłogi!!!! i skończone!~
Brahdelt - w większości odpisałam Ci powyżej, mój styl wydaje mi się mało swobodny,ale to pewnie kwestia mojego wewnętrznego cenzora, który jest bardzo surowy. Co do tuszów chciałabym jeszcze wyszperać takiedo tkanin - żeby pszczole na woreczkach porobić stempelki z wizerunkami zabawek. I do tego co mi jeszcze do głowy nie przyszło :) Co to są te murale?????
Jeszcze raz podkreślę - cieszy mne w tych wyszperanych blogach to, że po przejrzeniu kilku stron człowiek widzi, że można żyć inaczej - czasem oczywiste jest takie trudne do pojęcia.

Brahdelt pisze...

Murale to takie bazgranie po murach. ^^ Zamierzam się przymierzyć do ozdobienia naszych nowych ścian malunkami z szablonu w kontrastowym kolorze, Robert mnie natchnął podsuwając ten pomysł. *^^*

Kocurek pisze...

No i całe szczęscie ,że nie porzucasz drutów , bo już się zaczęłam martwić.

Mam taki natłok myśli ,że nie wiem nawet co napisać...za dużo bym chciała na raz.
Inspiracje jak najbardziej trafione.
Znalazłam w Edynburgu niedawno sklepik z akcesoriami do malowania , klejenia i innych takich prac artystyczno-urzytecznych.
Kto wie, może znajdę coś dla siebie?
A tak wogóle to bym chciała lepić w glinie i malować na szkle:)))

fanaberiapraga pisze...

Najważniejsze,ze u Ciebie wszystko w porządku. Już niecierpliwie czekałam na wpis,ale jeszcze nie chciałam wysyłac ponagleń ;-)
Asiu, daj sobie czas i na znalezienie stylu, i na sposob bycia. Teraz tylko Carpe diem ;-)

dagny14 pisze...

Jak można znikać na tak długo bez ostrzeżenia?

Widzę że ciągle poszukujesz i poszerzasz horyzonty.To się chwali.
Miłego malowania życzę.

Laura pisze...

Z pralnią to przegięłaś. Wstydu nie masz :P
Jutro stres od lekarza wyładuję w kazamatach. Bez szorowania się nie obejdzie.

Kath pisze...

Napiszę sobie to Carpe Diem na lustrze, albo na czole, żeby co jakiś czas sobie to czytać.
Dagmaro - próbuję, na razie więcej z tego zamieszania niz efektów, ale zawsze mogę się pocieszyć, że jak nie ja to Pszczoła będzie miała pociechę ze stempelków i woreczków ;)
Lauro - z pralni jestem dumna i nic mnie od tego nie odwiedzie :) Zastanowię się czy ruszyć teraz piwnicę (obok kotłowni więc wyobrażasz sobie jak wygląda) czy garaż- obie to niezłe stajnie Augiasza. Szorowanie jest dobre na stres ale nie na łokieć - nie przemęczaj go!

czeremcha pisze...

Cześć! Do Twojego bloga dotarłam podobnie krętymi drogami jak te, które wspominasz ;-)Przeglądam i podziwiam go od niedawna. Postanowiłam odezwać się, bo wspominasz o prostowaniu prutej włóczki. Mam na to swój patent. Otóż przeciągam włóczkę nad parą. Ustawiam na kuchence kombinację - garnek z gotującą się wodą, przykryty zwykłą, tradycyjną pokrywką /taką z "uchem" pośrodku/, tyle że leżącą na garnku "do góry nogami". Do drugiego garnka, stojącego z tyłu, wkładam kłębek sprutej włóczki. Przekładam koniec włóczki najpierw od dołu przez ucho garnka z wodą, potem przez ucho pokrywki. Siadam sobie kilka kroków od kuchenki i przewijam motek. Włóczka ładnie się prostuje nad parą, także włóczki z włosem. Dodatkowo prostuje się na kłębku. Tempo przewijania zależy od rodzaju włóczki, ale z reguły idzie to bardzo szybko. Trzeba tylko uważać, żeby włóczki nie przemoczyć nad parą. To byłyby takie moje 3 grosze ;-).

Ania

persjanka pisze...

ale sie pani rozpisala..swietnie sie czytalo..wprost pochlanialam twego bloga..tyle w nim bylo,ze w sumie nie wiem co komentowac..napewno podoba mi sie to o blokadach antypszczelich:)...ciesze sie ,ze wciaz drutujesz..i ciesze sie,ze dzielisz linkami do ciekawych stron bo juz tam biegne podejrzec..zaciekawily mnie stempelki..:)..a malowanie salonu tez czeka mnie w tym roku..i ta kosc sloniowa ladnie brzmi..pozdrawiam ania